sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział 25

Nim każdy z nas zdążył się obejrzeć trzeba było opuścić szpital, ponieważ skończył się czas odwiedzin. Strasznie było trudno rozstać mi się z Jayem, ale myśl, że jutro ponownie go zobaczę jakoś mi w tym pomogła.
Kiedy byliśmy już w hotelu od razu weszłam pod prysznic. Gorąca woda podziała na mnie kojąco i zaraz po wyjściu z łazienki już smacznie spała. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego, że jestem aż tak zmęczona. Dobrze było przyłożyć głowę do poduszki i okryć się miękką kołdrą.
Przebudziłam się jakoś po drugiej, kiedy już wszyscy smacznie spali. Było mi duszno, więc wyszłam na balkon i usiadłam. Lekki wietrzyk owiewał moje ciało, a ja patrzyłam na śpiące miasto. Nie było widać żadnej żywej istoty. Paliły się tylko uliczne lampy.
Nim zdążyłam zająć wygodną pozycję, pojawił się Max ze szklankę zimnego soku pomarańczowego.
- Czy ty w ogóle kiedyś śpisz? - spytałam z uśmiechem.
- Zdarza się – odwzajemnił mój uśmiech i usiadł na krześle, które stało obok mnie. - Mam tak od śmierci Lily. Nie przespałem od tamtego czasu żadnej nocy w całości – pociągnął łyk soku. - A ty, dlaczego nie śpisz?
- Martwię się – przyznałam od razu.
- Czym? Przecież Jay wyjdzie ze szpitala zanim się obejrzysz.
- Powrotem do Londynu... To już nie będzie to samo. A i Jayem. Boję się, że ta rana będzie miała jakiś wpływ na jego dalsze życie – westchnęłam i pociągnęłam łyk. - No i też o to, że to wszystko, co jest między nami zniszczy Eva.
- Ta.. Eva to paskudna żmija... Wielka szkoda, że nic nie dociera do tej jej pustej głowy.
- Faktycznie, wielka. Współczuję wszystkim, którzy mają z nią do czynienia – wzdrygnęłam się na myśl, że miałabym pracować z nią w jednej firmie. Myśl, na całe szczęście, zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
- Nie chce mi się jakoś wierzyć w to, że Carlos jest jej ojcem. Kiedy Jay nam o tym powiedział, jakoś dziwnie się poczułem – skrzywił się Max. - Dobra, nie gadajmy o niej. Ta dziewczyna niszczy tylko mój humor.
- Nie tylko twój – pociągnęłam łyk soku.
- Ładnie tu, prawda? - mężczyzna zmienił temat.
- Nie mogę się nie zgodzić – uśmiechnęłam się i popatrzyłam na spokojne miasto.
- Musimy tu kiedyś przyjechać, zagrać koncert – uśmiechnął się, a jego białe, proste zęby się uwidoczniły.
- Na pewno przyjdą tłumy – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. - Obok takich przystojniaków nie da się przejść obojętnie.
Max zaśmiał się.
- Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że dziewczyna poznana ranem na dworcu, tak zmieni nasze, moje życie. W pozytywnym sensie, oczywiście – popatrzył mi prosto w oczy.
- Cieszę się, że w jakikolwiek sposób mogłam ci pomóc.
- Nawet nie wiesz jak bardzo – ścisnął moją dłoń. - Muszę chyba coraz częściej chodzić na dworzec – po jego słowach wybuchnęłam śmiechem.
- No nie wiem, czy znajdziesz tam taką osobę, której nie będzie zależało na tym, aby cię okraść – stwierdziłam i przypomniałam sobie kilka sytuacji, których byłam świadkiem. Teraz mogę śmiało stwierdzi, że na pewno nie stałabym bezczynnie.
- Jesteś jedną na milion? - podniósł brew.
- Chyba?
- Jesteś wyjątkowa, a kto myśli inaczej temu biada – uśmiechnęłam się na jego słowa.
- Jestem po prostu sobą.
- I zawsze taka pozostań, a będzie dobrze.
Zrobiło mi się ciepło wewnątrz ciała. Fajnie było porozmawiać z osobą, która cię rozumie i którą ty rozumiesz. Rozmowa z Maxem podniosła mnie trochę na duchu i już nie martwiłam się tak bardzo.
- Pora spać – powiedział chłopak. - Jay nie lubi cię oglądać z podpuchniętymi oczami – podniósł się z krzesła.
- Masz rację. Muszę jakoś normalnie wyglądać.
Wyciągnął dłoń, a ja ją ujęłam i podniosłam się. Wyjął szklankę z mojej dłoni.
Poczułam zapach męskich perfum.
- Tak przy okazji, super zapach perfum.
- Dziękuję – zabłysnął zębami.
Ruszyłam ku łóżku, na którym spałam. Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na chłopaka:
- Max? Kiedy wrócimy do Londynu... zabierzesz mnie na grób Lily? - przełknęłam ślinę.
Byłam pewna, że Max zdenerwuje się, powie, że nie powinnam zadawać tego pytania. Ale, ku mojemu zdziwieniu nie zabrzmiało to jakoś dziwnie, ponieważ chłopak uśmiechnął się lekko i kiwnął głową.
- Dziękuję.
Obróciłam się i położyłam się do łóżka. Nie zdążyłam o niczym pomyśleć, ponieważ oczy same mi się zamknęły i pochłonął mnie sen.

Następne pięć dni zleciało w zaskakująco szybkim tempie. Na zmianę: szpital, hotel. Matt i Max starali się być przy mnie, kiedy nie było mnie przy Jayu, za co byłam im naprawdę wdzięczna.
Siva i reszta dzwonili nawet po trzy razy dziennie. Zadzwoniła również mama niebieskookiego. Strasznie się zamartwiała, ale kiedy Max podał telefon jej synowi uspokoiła się trochę. Rozmawiała ze swoim synem z jakąś godzinę, a Matt zastanawiał się ile przyjdzie jej zapłaty za rozmowy. Mama Jaya jednak nie przejmowała się rachunkami.
Mała Amy rysowała każdego dnia po obrazku dla Jaya i przynosiła mu kwiatki, które zrywała przy hotelowym parku. Niebieskooki strasznie się cieszył widząc coraz to nowe kwiaty, które przybywały w jego szpitalny flakoniku. Czuł się świetnie, przynajmniej tak nam mówił. Czasem widziałam w jego oczach lekki strach i smutek. Kiedy pytałam, o co chodzi mówił, że nic mu nie jest i żebym się nie martwiła. Co z jego słów, skoro i tak nie dawało mi to spokoju.
Tak samo zastanawiałam się nad tym co robiła Eva. Nie pojawiła się więcej w szpitalu, nikt z naszej paczki nie miał z nią kontaktu. Ciekawiło mnie co wymyśli? Jakoś nie wierzyłam w to, że nic nie knuła. To do niej nie podobne.
Policja była w szpitalu jeszcze trzy razy. Za pierwszym razem spisali zeznania Jaya, za drugim upewnili się, czy jesteśmy pewni swoich zeznań, a za trzecim przesłuchiwali dodatkowo Maxa, nikt nie wie po co.
Nasz ulubiony doktor odwiedzał Jaya ze trzy razy dziennie, o ile miał akurat dyżur. Był naprawdę super facetem. Amy bardzo go polubiła i jemu również przynosiła obrazki.
Na dzień przed wyjściem Jaya ze szpitala rozmawiałam z Vicki przez internet. Rozmawiałyśmy o zwykłych błahostkach, o tym co słychać tam, a co tutaj, kiedy nagle blondynka powiedziała:
- Liz, wczoraj, jak byłam na mieście... Widziałam Lisę...
- No i co w tym takiego dziwnego? - spytałam i wsadziłam do budzi łyżeczkę z czekoladowymi lodami.
- No bo ona nie była sama...
- Vic, przecież ona też ma swoich znajomych. Ma prawo spotykać się z nimi, nie sądzisz?
- Ale Liz, ona całowała się z jakimś facetem.
Łyżeczka wypadła mi z ręki i poleciała na hotelową podłogę. Przecież to nie jest możliwe. Ona kocha przecież Toma i nie jestem typem takiej dziewczyny.
- Musiało ci się coś pomylić...
- Liz, jestem prawie pewna, że widziałam ją.
- Przecież to niemożliwe. Ona, taka cicha i ma drugiego faceta na boku? - spojrzałam na nią uważnie.
- Też jakoś nie chce mi się w to wierzyć, no ale...
- Musiało ci się naprawdę coś pomylić, Vic – popatrzyłam na nią błagalnie.
- Nie chcesz to nie wierz... - usłyszałam jakiś trzask. - Siva wrócił. Nic nie wiesz, jakby co. Papa – pomachała mi na pożegnanie.
- No dobra. Pozdrów tam wszystkich ode mnie.
- Ty też. Hej.
- Pa.
Rozłączyłam się i zamknęłam laptopa. Popatrzyłam na ścianę i przywołałam słowa Vicki. Przecież Lisa nie mogłaby zdradzić Toma. To nie mogła być prawda. Blondynce musiało się coś pomylić i tyle. To niemożliwe. Koniec, kropka.

Następnego dnia Jay mógł wyjść już ze szpitala. W Polsce musieliśmy zostać, ponieważ byliśmy ważnymi świadkami, ale mogliśmy odwiedzić naszych przyjaciół w Londynie. Jay jak najszybciej chciał zobaczyć się zresztą, podobnie jak ja, więc następnego dnia wsiedliśmy w samolot. Nie mogliśmy być tam jednak długo. Najwyżej jedna noc i to wszystko.
Nie byłam na sto procent pewna, czy niebieskooki może lecieć, ale ten upierał się tak mocno, że dałam się przekonać. Matt i Amy zostali, ponieważ mężczyzna chciał odwiedzić swoich rodziców.
Cały lot przespałam, podobnie jak Jay. Max czytał książkę i słuchał muzyki. Na lotnisku czekała na nas cała szóstka. Myślałam, że Emma mnie zgniecie. Była drobniutka, ale siłę miała.
Wszyscy byliśmy w świetnych humorach i nic nie zapowiadało się na to, że coś może to popsuć.
Zapakowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy do domu chłopaków. Nic się nie zmieniło, odkąd byłam tu ostatnio. No może przybyło trochę zdjęć na półkach i komodach, nic więcej.
Rozsiedliśmy się wygodnie na kanapach i zaczęliśmy rozmawiać. Było wesoło, sympatycznie, a ja poczułam się tak jak kilka miesięcy temu. Jakbyśmy byli jedną, wielką, kochającą się rodziną.
W pewnym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę – zaoferowałam się i podniosłam z kolan Jaya.
- To ja pójdę po coś do picia – odezwał się Tom i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę pomieszczeń.
Kiedy otworzyłam frontowe drzwi moim oczom ukazał się chłopak, który miał jakieś siedemnaście lat i trzymał jakąś paczkę.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Przesyłka dla pana Thomasa Parkera.
- Tom, to do ciebie – krzyknęłam w stronę kuchni.
Po pięciu sekundach chłopak stał już obok mnie.
- To ja pójdę po te soki, a ty... Do widzenia – pożegnałam się z kurierem i poszłam do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki dwa soki w kartonach i skierowałam się do salonu. Kiedy przechodziłam przez przedpokój Tom stał i oglądał jakieś zdjęcia. - Tom, co masz za zdjęcia? - spytałam bez uśmiechu, bo chłopak nie miał wesołej miny.
Podał mi jedno, a napoje mało co nie wyleciały mi spod ramienia, a oczy mało co nie wyszły z orbit... A jednak, przemknęło mi przez myśl.


Rozdział krótki, ale jakoś nie mam siły :)
Święta, święta i po świętach ;) Mam nadzieję, że spędziłyście je w rodzinnej atmosferze, że podobały się prezenty i nie narzekacie na przybyłe kilogramy :D
Życzę udanego Sylwestra i dobrego skoku w Nowy Rok. Mam nadzieję, że nie będzie pechowy, nie może być :D
Co sądzicie o wstawkach (zdjęciach, gifach) w rozdziały? ;p

Jejku! Blog ma już prawie 10 000 wyświetleń! Dziękuję ;*

sobota, 15 grudnia 2012

Rozdział 24


http://www.youtube.com/watch?v=PqCvkRYGx7s


 







  Z Maxem rozmawialiśmy jeszcze przez kilka chwil, ponieważ byłam bardzo zmęczona i zasnęłam z głową na łóżku szpitalnym Jaya.
   Nawet we śnie zobaczyłam Lily. Stała na wielkiej, zielonej łące w pięknej, białej, długiej sukni i wołała nas wszystkich do siebie. Max był tak uradowany, że znalazł się obok niej w przeciągu kilku sekund. Nigdy jeszcze nie widziałam go tak szczęśliwego. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a oczy zaświeciły nowym blaskiem.
   Wraz z Jayem ruszyliśmy w stronę zakochanej pary, ale już trochę wolniej. Każdy miał przepiękny uśmiech na twarzy i nie zapowiadało się, że coś to zakłóci. Szczęśliwa chwila trwała zaledwie kilka sekund, ponieważ skądś wyłonił się Stephen razem z Markiem i Lauren. Podeszli do nas, a ja mocniej ścisnęłam Jaya za rękę.
- Widzę, że wszyscy w komplecie – uśmiechnęła się Lauren.
- Siostrzyczko, o co ci chodzi? - usłyszałam cichy, melodyjny głos Lily.
- Zamknij się, albo ten twój chłoptaś...
- Lauren – odezwał się twardo Stephen. - Nasza mała, słodka Elizabeth i jej jakże wielkie serce nie pozwoli, aby komuś stała się krzywda – wyszczerzył zęby w uśmiechu, a ja poczułam się dziwnie.
- To jest przyjaźń – odezwałam się i z całych sił ścisnęłam rękę niebieskookiego, którego wzrok utkwiony był w trójce przybyłych.
- Proszę cię, Liz! - odezwał się Mark. - Co ty możesz wiedzieć o przyjaźni? Powinnaś być teraz z matką, a nie...
- Zamknij się! - warknęłam. Podobnie jak w prawdziwym życiu temat matki był ponad moje siły.
- Słaby punkcik! - ucieszył się Stephen, a na mojej twarzy pojawił się grymas. Prawda.
- Lily ma ich o wiele więcej – oznajmiła z wyższością była kelnerka.
- Lauren... - jej siostra patrzyła na nią i nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
- Lauren, Lauren, Lauren... - czarnowłosa zaczęła przedrzeźniać ukochaną Maxa. - Nie rób tego, nie rób tamtego! Jesteś jeszcze dzieckiem! Mam tego dość, rozumiesz? Przez tyle lat to znosiłam, ale ani sekundy dłużej! - wyciągnęła pistolet i wycelowała w swoją siostrę.
- Spokojnie... - odpowiedziała tamta i lekko cofnęła się w tył, nie puszczając dłoni Maxa. - Nie chcesz zrobić nic złego...
- Skąd wiesz czego chcę, hę?!
Stephen razem z Markiem przyglądali się całej scenie z zadowalającymi uśmieszkami na ustach.
- Nie jesteś zła...
- A może właśnie jestem? - Lauren podeszła bliżej Lily. Przez cały czas patrzyły sobie głęboko w oczy. - Tak naprawdę, nic o mnie nie wiesz.
- Lauren – powiedział głośno Max – Zostaw nas w spokoju, błagam...
- Wielki Max George mnie błaga! Ktoś to musi nagrać! - zaczęła się głośno śmiać, a razem z nią Stephen i Mark.
Nam wszystkim jakoś do śmiechu nie było.
- Lauren... - powiedziała cicho Lily, ale tamta jakby jej nie słyszała.
- A teraz za wszystko mi zapłacicie – powiedziała paskudnym głosem i nie patrząc na nic wystrzeliła prosto w Lily. Biała suknia, którą miała na sobie nagle zrobiła się czerwona od krwi. Max klęknął przy niej, ale nie zdążył nawet nic do niej powiedzieć, ponieważ wystrzeliła następna kula i mężczyzna upadł obok swojej ukochanej.
Staliśmy jak sparaliżowani. Czułam się tak, jakby nogi wrosły mi w ziemię. Z resztą było tak samo. Widziałam jak usiłują się ruszyć, ale nic z tego im nie wychodziło.
- A następna będziesz ty! - wycelowała we mnie, ale nie zdążyła nacisnąć spustu. Usłyszałam tylko leciutki świst i dziewczyna padła na ziemię.
- Nie ładnie tak zabierać komuś zabawę – Stephen pokręcił głową spoglądając na nieruszającą się Lauren.
- Dla ciebie zabijanie to zabawa? - oburzyła się Vicki.
Wzrok wszystkich zatrzymał się na jej osobie. Jej blond włosy, lśniły jak złoto, a oczy zrobiły się całe czarne ze złości.
- Ooo..! Zacna pani przyjaciółka! - uradował się Mark.
- No, nie. Ojczym idiota i na dodatek dziwkarz! - odgryzła się dziewczyna, a mnie aż serce podskoczyło do gardła.
- Co?! - ryknął tamten. - Powtórz to!
- Idiota, dziwkarz! - krzyknęła, a Mark aż zdębiał. Takiego zdziwienia na jego twarzy nie widziałam jeszcze nigdy. Gdzieś w środku się uśmiechnęłam, ale dziewczyna mogła za to zapłacić.
- Całkiem, całkiem – uśmiechnął się Stephen. - Dziewczyno...
- Zamknij się! - ryknął Mark na swojego „szefa”.
- Chyba nie powinieneś tak do mnie mówić – popatrzył na niego srogo. Stałam kilka kroków od niego, ale czułam zimno bijące z jego oczu.
Nim każdy z nas zdążył jakoś zareagować usłyszeliśmy świst i również Mark leżał na ziemi. Stephen spojrzał na mnie i uśmiechnął się szyderczo, a ja przełknęłam ślinę.
- Teraz rozprawię się z tobą.
Mężczyzna przyłożył mi pistolet do skroni, ale nie zdążył wystrzelić, ponieważ obudziłam się cała zlana potem.
Siedziałam na krześle przy szpitalnym łóżku Jaya i dyszałam ciężko. To było straszne.
Rozejrzałam się po sali. Jay dalej miał zamknięte oczy i był pogrążony w śpiączce. Max półleżał na krześle obok mnie i lekko pochrapywał. Poprawiłam koc, którym był okryty i podeszłam do okna.
Miasto oświetlały tylko uliczne lampy, a ja tempo wpatrywałam się w jedną z nich. Nienawidziłam moich snów. Odkąd pamiętam moje sny były przeważnie koszmarami, z których budziłam się cała zlana potem, a czasami nawet z przyspieszonym oddechem.
Przyłożyłam policzek do chłodnej szyby i zamknęłam oczy. Przed oczami ponownie stanęła ostatnia scena ze snu. Przecież Stephen siedzi w więzieniu, nic mi się stać nie może, prawda? Chciałam w to wierzyć, ale czy było warto? Kto wie, może właśnie ktoś pod szpitalem na mnie czeka? Czeka aż wyjdę i wtedy broń wypali? Matt opowiadał, że Stephen ma swoich ludzi wszędzie i ostrzegał, żebym uważała.
Wszędzie. To takie wielkie słowo. Czy wszędzie oznacza, że nawet w Londynie? W Paryżu, czy gdziekolwiek indziej, gdzie uciekłabym, znalazłby mnie?
A co jeśli, przeze mnie, chłopaki oraz Vicki i Emma są teraz w niebezpieczeństwie? Gdyby im się coś stało, nie wybaczyłabym sobie tego. Tak jak nie wybaczę sobie nigdy, że Jay leży teraz w śpiączce i nie wiadomo za ile się obudzi.
Od tych wszystkich myśli rozbolała mnie głowa. Rzuciłam jeszcze raz okiem na spokojne miasto i wróciłam na krzesło. Poprawiłam kołdrę Jaya, choć wcale nie zmieniła się pozycja sprzed kilku godzin. Przyzwyczajenie?
Wsparłam głowę na dłoniach i przymknęłam oczy. Chciałam zasnąć, ale, jak na złość, nie mogłam. Spojrzałam na telefon. 03:29.
- Liz, czemu nie śpisz? - podskoczyłam na dźwięk głosu Maxa, który przecierał teraz oczy, a koc osunął mu się na kolana.
- Jakoś nie mogę. Głowa mnie boli.
- Załatwić ci jakieś tabletki, czy coś?
- Nie, dzięki. Dam radę – uśmiechnęłam się blado, a on kiwnął tylko głową.
- Która w ogóle jest godzina?
- Wpół do czwartej.
- To zbyt długo nie pospaliśmy – uśmiechnął się i ziewnął.
- Jeżeli chcesz...
- Nie, daj spokój. Potrafię normalnie funkcjonować po nieprzespanej nocy – puścił mi perskie oczko.
Dwie sekundy później telefon Maxa zaczął dzwonić. Mężczyzna wyciągnął go z kieszeni i powiedział:
- Nathan? - zdziwił się. - Co jest młody? - kliknął przycisk, który włączył głośnomówiący.
- Max? - usłyszeliśmy kobiecy głos. - To ja Vicki.
- Czemu dzwonisz z telefonu...?
- Mój się rozładował, więc chwyciłam pierwszy lepszy – szepnęła. - Jay już się obudził?
- Nie, jeszcze nie. Dalibyśmy wam znać.
Cała Vicki, przemknęło mi przez myśl.
- Wiem... Ale po prostu nie mogę spać – westchnęła. - Chodzę z kąta w kąt i nie wiem, co robić. A właśnie, chyba cię nie obudziłam?
- Nie, nie. Obudziłem się chwilę przed twoim telefonem.
- No chociaż tyle dobrze. A jak z Liz? Śpi?
- Nie, nie śpię Vic – odezwałam się.
- Aaaa... To dajcie znać, gdyby...
- Damy – przerwał jej Max.
- To trzymajcie się. Wpadniemy jakoś po dziewiątej. Pa.
- Dobranoc – pożegnaliśmy się.
Rozsiadłam się wygodnie na krześle i wbiłam wzrok w kroplówkę.
- Czy ona kiedyś się nie przejmowała? - spytał mężczyzna siedzący na drugim krześle.
- Raczej nie – mój wzrok nadal był utkwiony w kroplówce.
- Zawsze zastanawiałem się skąd ona to wszystko bierze? Tę energię do życia, chęć pomagania za wszelką cenę, to, że nigdy się nie poddaje.
- Miała trudne dzieciństwo, a okres dorastania też najlepszy nie był, więc to ją umocniło. A jeszcze do tego dochodziła częsta opieka nad Amy. Kiedy zginęła żona Matta, to była dla nich prawdziwym oparciem.
- Wiem, Matt mi o tym mówił. Doskonale go rozumiałem, ja też gdyby nie pomoc bliskich, na pewno nie byłbym teraz tutaj, gdzie jestem – westchnął.
- Matt jest wspaniały. Amy ma wielkie szczęście, że ma takiego ojca – oderwałam wzrok od kroplówki i spojrzałam na Max, który wyglądał przez okno.
- Taa... - uśmiechnął się. - Idę po kawę, przynieść ci?
- Jak możesz.
Jakieś pięć minut później popijałam gorącą kawę i pogryzałam jakąś kanapkę, którą przyniósł mi dodatkowo mężczyzna.
- Liz?
- Tak? - popatrzyłam na Maxa.
- Kiedy wrócimy do Londynu, to spotkasz się ze swoją matką?
Mało co nie wylałam kawy na pościel pod którą leżał niebieskooki.
- Skąd to pytanie? - zdziwiłam się.
- Po prostu myślę, że powinnaś z nią porozmawiać. Skoro jest chora, to możesz nie mieć później okazji...
- Nie mam ochoty z nią gadać, zrozumiecie to wreszcie? Jakoś ona skora do rozmów nie była, kiedy powiedziałam jej o tym, że ojciec mnie uderzył po raz pierwszy. Stwierdziła, że coś sobie wymyśliłam – puściły mi nerwy. W mgnieniu oka podniosłam się z krzesła i odstawiłam wszystko na stolik. - A później patrzyła, jak ojciec bił mnie za byle co. Nic nie zrobiła, nawet nie próbowała go tłumaczyć. Milczała. Przez całe życie milczała. Nie, raz się odezwała, jak wylądowałam w szpitalu, bo ojciec tak mnie stłukł. Powiedziała, że spadłam z roweru. Kiedy dziadkowie poniżali mnie, też milczała jak zaklęta. Czasami zastanawiałam się, czy ona w ogóle żyje w moim świecie. Żadne z was nie wie jak to jest – po policzku spłynęła łza. - I ty i Jay, mieliście dzieciństwo takie jakie powinno być, a nie tak patologiczne jak moje – chwilę później Max już miał mnie w objęciach i przepraszał, że w ogóle zaczął tę rozmowę. Nawet nie zdołałam się zorientować, kiedy zasnęłam.

- Tylko bądźcie cicho – usłyszałam głos, jakby był setki kilometrów ode mnie.
- Dobra, nie obudzimy jej – odpowiedział kobiecy głos.
Pomału zaczęłam otwierać oczy. Strasznie raziło mnie białe światło. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, gdzie jestem. Podniosłam głowę i ujrzałam kilka postaci. Max, Siva, Matt, Tm, Nathan, mała Amy, Emma, Lisa i Vicki.
Uśmiechnęłam się blado i wstałam z krzesła. Nogi miałam jak z waty, nie wiedziałam nawet dlaczego.
- Hej – przywitałam się.
- Cześć – powiedzieli wszyscy razem.
- Mam nadzieję, że się wyspałaś? - spytała Emma.
Kiwnęłam głową, chociaż, czy można wyspać się na krześle?
- Jakieś dziesięć minut temu był tu lekarz...
- Co powiedział? - przerwałam Maxowi i podeszłam do łóżka.
- W sumie to nic nowego. Powiedział, że mamy się nie martwić.
- Wszystko będzie dobrze – Vicki objęła mnie mocno swoim ramieniem.
- Pomyśleliśmy, że będziecie głodni, więc przynieśliśmy wam śniadanie – uśmiechnął się Tom i podał mi oraz Maxowi tacki z jedzeniem.
- Dziękuję wam, gdyby nie wy, to nie wiem co bym zrobiła – popatrzyłam na każdego po kolei. Byli najwspanialszymi ludźmi jakich udało mi się spotkać w całym moim życiu.
- Daj spokój. W końcu przyjaciele są od tego żeby pomagać – uśmiechnął się promiennie Siva.
Sekundę później do sali wszedł lekarz z dwoma funkcjonariuszami policji.
- Panowie chcą zadać pani kilka pytań – zwrócił się do mnie.
Kiwnęłam tylko głową, a lekarz powiedział im jeszcze coś i wyszedł. Dwaj dobrze zbudowani mężczyźni podeszli do nas i spojrzeli na mnie.
- Dzień dobry. Komisarz Kowalski i komisarz Nowacki – pokazali legitymacje. - Musimy zadać pani kilka pytań związanych z Stephanem Morawskim.
Kiwnęłam głową, nic się nie odzywając. Czułam jak Vicki przytula mnie coraz mocniej.
- Mogłaby pani opisać nam całe to zajście? Jak doszło to tego, że pan Jay McGuiness...
- Siedzieliśmy w pokoju hotelowym, a Matt spał – kiwnęłam głową w stronę mojego przyjaciela. - Rozmawialiśmy, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Wstałam z kanapy i poszłam otworzyć drzwi. Za nimi stał Stephen. Wszedł do środka i kazał obudzić Matta, więc tak zrobiłam. Później kazał mi z nim wyjść, i kiedy byliśmy już prawie przy drzwiach pojawił się Jay, a ten idiota wystrzelił.
- Co było potem? - zapytał komisarz Nowacki.
- Pamiętam tylko tyle, że klęczałam przy Jayu i potem, jak czekałam, aż zakończy się operacja.
- Czy pani chłopak nie zachowywał się jakoś dziwnie? - spytał komisarz Kowalski.
- Nie – pokręciłam głową. - Zachowywał się normalnie.
- Jest pani w stu procentach pewna? - dopytywał się drugi.
- Oczywiście. Chyba nie myślicie, że Jay mógłby mieć coś z tym wspólnego? - popatrzyłam na komisarzy złym wzrokiem.
- Nie, nie.
- Gdyby pani sobie coś przypomniała, to proszę do nas zadzwonić – po tych słowach wręczył mi karteczkę z numerem telefonu.
- Bardzo dziękujemy. Do widzenia.
- Do widzenia – powiedziała reszta, po czym mężczyźni wyszli.
- Liz, dobrze się czujesz? - spytał Tom patrząc na mnie uważnie.
- Tak, dlaczego pytasz?

- Strasznie zbladłaś.
- Nie, nic mi nie jest – uśmiechnęłam się i wepchnęłam wizytówkę do kieszeni spodni.
- Zjedz coś lepiej – powiedziała Vicki i wepchnęła mi kanapkę do ręki.
- Dzisiaj rano dzwoniła do mnie Eva – powiedział Nathan.

- Czego chciała? - zapytał Max, a ja mało co nie wyplułam tego, co miałam właśnie w ustach.
Jeszcze tej tylko brakowało. Przecież nawet Lauren się pojawiła. Zaraz może gdzieś Felix wyleci zza roku?
- Dlaczego nic nam nie powiedziałeś? - spytał Tom.


- Pytała się co z Jayem, jak się czuje i tak dalej.
- No chyba nic jej nie powiedziałeś? - chciał upewnić się Siva.
- Powiedziałem tylko, że jeszcze się nie wybudził... Pytała jeszcze o szpital, w którym leży.
- Mam nadzieję, że jej tego nie powiedziałeś?
- Max, nie jestem na tyle głupi. Kiedy jej odmówiłem, to stwierdziła, że i tak się wszystkiego dowie i że tu przyjedzie...
- Co?! - ryknął Tom.
- Jeszcze ona nam tu potrzebna – powiedziałam i podrapałam się po głowie.
- Powiedziała jeszcze, że jak przyjedzie, to lepiej żeby ciebie nie było, bo nie ręczy za siebie – powiedział już ciszej Nath.
- To było jej kurwa powiedzieć, że vice versa – zdenerwowałam się i kanapka, którą dała mi Vicki wylądował ponownie w pojemniku.
- Nie zdążyłem jej nic więcej powiedzieć, bo się rozłączyła.
- No to świetnie – powiedziałam zdenerwowana.
- Niepotrzebnie w ogóle odbierałem ten telefon.
- Właśnie dobrze, przynajmniej wiemy, że można jej się spodziewać w każdej chwili – odpowiedziałam i popatrzyłam na Nathana. - Przepraszam, po prostu jestem zdenerwowana.
- I na dodatek nie wyspana – dopowiedział Tom.
- To też – uśmiechnęłam się blado.
- Więc, może pojedziecie z Maxem porządnie się wyspać, a my posiedzimy przy Jayu? - zaproponowała Emma.
- Nie. Dam radę – pokiwałam głową. - Ale Max jeżeli chce bez problemu...
- Pamiętasz co ci wczoraj powiedziałem, prawda? - uśmiechnął się do mnie, a ja przypomniałam sobie słowa „ potrafię normalnie funkcjonować po nieprzespanej nocy” i mimowolnie mój uśmiech stał się pewniejszy.
- Pamiętam.
- To ja może poproszę o jakieś dodatkowe krzesła? - zaproponował Siva. - W końcu trochę nas tu jest.
- Wątpię, że coś dostaniesz – odezwał się Max. - Ja mało co nie dostałe wczoraj gazetą po głowie, a wyszedłem tylko po kawę.
Wszyscy zaczęli się śmiać, a Vicki powiedziała:
- Siva ma coś, co nazywa się urokiem osobistym – wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Najwidoczniej naszemu Maxowi go brak.
- Cofnij te słowa – pogroził jej palcem.
- Ej, przestańcie. Jesteście w szpitalu, a nie na jakimś placu zabaw – skarciła ich Emma.
- To ja idę po te krzesła.
- To ja ci pomogę. Wiesz z moim urokiem osobistym... - zaczął Nathan i skierował się ku wyjściu, a Max próbował zatuszować swój gniew jedząc kanapkę.
- Dla mnie masz ten urok osobisty – stwierdził słodko Tom i przytulił zabawnie swojego przyjaciela.
- A do mnie to już nie łaska coś powiedzieć?
Na dźwięk tego głosu serce zaczęło mi bić mocniej, a łzy napłynęły do oczu. Jay leżał już z otwartymi oczami i uśmiechał się lekko.
- Jay! - rzuciłam się na niego nie patrząc na to, że jest podłączony do kilku różnych kabelków. Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa. Odzyskałam go.
- Witamy wśród żywych, stary – ucieszył się Max.
- Dokładnie – po tym słowie pocałowałam go mocno, co spotkało się z odgłosami szczęścia ze strony naszych przyjaciół.
- Mogę strzelać do mnie codziennie – odezwał się niebieskooki, kiedy oderwałam się od jego ust. - Takie przywitanie jest warte wszystkiego.
- Chyba ci się coś w głowie poprzewracało – skarciłam go i ponownie pocałowałam.
- Mamy krzes... – usłyszałam głos Nathana. - Yyy... Dlaczego Liz całuje śpiącego Jaya.
- Ponieważ się obudził, idioto! - wytłumaczyła mu jego dziewczyna.
Chłopak postawił szybko krzesła i podbiegł do łóżka.
- Świetnie wyglądasz – powiedział, patrząc na mężczyznę, którego teraz trzymałam za rękę.
- Ty też nie najgorzej – uśmiechnął się.
- Jak się czujesz? - spytała Lisa.
Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa. Siedziałam i patrzyłam się na niebieskookiego jak sroka w gnat.
- Dobrze. Cieszę się, że jesteście – popatrzył na mnie, a jego oczy błysnęły jakimś blaskiem nieznanym dla mnie. - Długo spałem? W ogóle co z raną?
- Ponad dobę – odpowiedział Max.
- Jesteś po operacji – odezwała się Lisa. - Z tego co wiem, jakoś specjalnie w przyszłości dokuczała ci nie będzie – uśmiechnęła się.
- Może ktoś powinien pójść po lekarza? - spytała Vicki.
- Chodź skarbie – Siva chwycił ją za rękę i wyszli.
- Przepraszam cię, naprawdę – powiedziałam ciszej i dotknęłam jego twarzy, która była porośnięta lekkim zarostem.
- Nie masz za co. Złapali go chociaż?
- Tak. Siedzi w więzieniu i mam nadzieję, że na długo już tam zostanie.
- Ja też. I to raczej ja powinienem cię przeprosić. Pewnie zbyt dobrze się nie wyspałaś?
- To nic – uśmiechnęłam się. - Ważne, że ty się obudziłeś. Nic innego, ważniejszego nie ma, rozumiesz?
- Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham – poczułam jak palce jego lewej ręki zaczynają bawić się moimi rozczochranymi blond włosami. - Nie mogłem pozwolić, żeby on cie zabrał. Już raz cię znalazłem...
- Już nie będziesz musiał, obiecuję – ścisnęłam jego prawą dłoń.
- Dzień dobry – usłyszeliśmy głos doktora. - Jak się pan czuje? - spytał podchodząc do łóżka.
- Dobrze – uśmiech nie schodził Jayowi z twarzy.
- Nic pana nie boli?
- Trochę głowa...
- Poproszę, aby pielęgniarka przyniosła panu leki przeciwbólowe – uśmiechnął się. - Poza tym ma pan naprawdę wspaniałych przyjaciół. A narzeczoną to już w ogóle.
- Nie jestem... - chciałam zaprzeczyć, ale Max mi przerwał.
- Ale go kochasz, więc to tylko kwestia czasu, prawda Jay? - mężczyzna wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Niebieskooki podrapał się tylko w tył głowy i uśmiechnął się zmieszany.
- Haha – zaśmiał się lekarz. - Naprawdę ma pan szczęście.
- Wiem – Jay mocniej ścisnął moją dłoń. - Kiedy będę mógł stąd wyjść?
- Za cztery, albo pięć dni.
- Tak długo? - skrzywił się.
- Panie McGuiness... - westchnął lekarz.
- Dobra już nic nie mówię.
- Wpadnę jeszcze później – powiedział lekarz i wyszedł.
- O cholera – powiedział Nathan patrząc przez okno.
- Co? - Emma razem z Vicki podbiegły do okna. Ich miny nie wyrażały, że są szczęśliwe.
- Faktycznie jest szybka – stwierdziła młodsza blondynka.
Eva. Lepiej niech ta kobieta tu nie wchodzi, bo nie ręczę za siebie. Po co ona jeszcze wpieprza się w nasze życie?
Popatrzyłam na Maxa. Był cholernie zły.
- O kim wy mówicie? - spytał nic nie rozumiejący Jay.
- O Evie – odpowiedział mu Siva.
- Że co? Jak ona nas tu znalazła? - zapytał nic nie rozumiejąc.
Puściłam rękę Jaya i skierowałam się ku wyjściu.
- Liz, gdzie ty idziesz? - usłyszałam za sobą głos niebieskookiego.
- Zawalczyć wreszcie o swoje.
Wyszłam z sali i skierowałam się do recepcji, a Max i Nathan szli za mną. Byłam wkurzona, niewyspana i szczęśliwa. Niezła mieszanka.
- Liz, nie rób nic głupiego – mówił Nathan, ale wcale go nie słuchałam. Szłam szybkim i zdecydowanym krokiem. Nie zwracałam kompletnie uwagi na ludzi, których mijałam. Jedyne o czym myślałam to Eva i ta jej paskudna postać. Wiedziałam, że teraz nic nie będzie mogło mnie powstrzymać.
Kiedy wreszcie ją zobaczyłam stała przy recepcji i rozmawiała z pielęgniarką. Stanęłam kilka kroków od niej i powiedziałam:
- Nie trafiłaś do dobrego szpitala. Psychiatryk jest chyba bardziej na północ.
Kobieta odwróciła się i odpowiedziała:
- Jak zawsze miła – uśmiechnęła się. - O, i z obstawą. Cześć chłopaki.
- Po co ty tu w ogóle przyjechałaś? - zapytał wkurzony Max.
- Odwiedzam przyjaciela.
- Nie sądzę, aby Jay był twoim przyjacielem – odpowiedział Nathan.
- Nathan, zamknij się, kiedy dorośli rozmawiają. Chociaż ten poziom...
- Zamknij się i wypierdalaj – powiedziałam, cała się trzęsąc. - Wskazać ci drzwi?
- Elizabeth, jesteśmy w miejscu publicznym...
- Mam to w dupie, rozumiesz? Pomóc ci wyjść, czy trafisz sama?
- A ty kiedy wreszcie wyjdziesz z życia Jaya, co? Przez ciebie idiotko, on teraz leży w szpitalu.
I to był cios poniżej pasa. Czułam jak drżą mi powieki. Dasz radę, dziewczyno, szepnął głos w mojej głowie.
- Nie musisz mi o tym przypominać, doskonale o tym wiem – podeszłam bliżej kobiety i patrzyłam jej prosto w oczy. - A ty kiedy wreszcie znikniesz z NASZEGO życia, co?
- Nigdy, nawet o tym nie marz. A teraz mnie przepuść, muszę z nim porozmawiać.
- Wcale nie musisz. Wyjdź.
- Co tu się dzieje? - usłyszałam głos znajomego lekarza, który teraz podszedł do nas.
- Chcę odwiedzić mojego przyjaciela – powiedziała dumnie Eva i odrzuciła swoje czarne włosy.
- On nie jest twoim przyjacielem – powiedziałam twardo.
- Domyślam się, że chodzi o pana McGuinessa?
- Dokładnie – czarnowłosa pokiwała głową.
- Bardzo mi przykro, ale dzisiaj jest to niemożliwe – powiedział pan doktor, a ja po tych słowach miałam ochotę go uściskać.
- Dlaczego? - zdziwiła się Eva.
- Pacjent jest jeszcze bardzo słaby i nie wskazane są wizyty.
- A oni? - kiwnęła na nas.
- To sprawa wyjątkowa. Proszę opuścić szpital.
- Dopóki nie zobaczę się z Jayem, nie wyjdę stąd – powiedziała stanowczo.
- To proszę sobie usiąść i nie przeszkadzać personelowi i pacjentom – wskazał jej wolne krzesełko.
- Nie może pan...
- Właśnie, że mogę. Proszę się uspokoić i opuścić szpital.
- Ugh!
Dziewczyna odwróciła się u odeszła stukając obcasami, a ja poczułam ogarniającą mnie satysfakcję. Uśmiechnęłam się szeroko i odwróciłam w stronę lekarza.
- Bardzo panu dziękuję.
- Nie musi pani. Taka była prośba policji, a ja tylko ją wypełniam.
- Ja to policji? - spytałam.
- Komisarz Kowalski prosił, aby nie wpuszczać do pana McGuinessa żadnych innych osób oprócz państwa i lekarzy.
- Ale dlaczego?
- Na to pytanie nie znam już odpowiedzi. Bardzo przepraszam, ale obowiązki...
- Tak, tak, jasne. Przepraszam za to zamieszanie i dziękuję.
Ruszyłam za lekarzem, ale już wolniej, a obok mnie podążali Nathan i Max.
- Zaczynam lubić tego doktorka – uśmiechnął się Nathan.
- Ja też.
- Liz! - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się i ujrzałam Monikę. - O mój boże! - patrzyła na chłopaków nie wiedząc o co chodzi. - Ty, ty ich znasz?
- Tak, znam – uśmiechnęłam się.
- Jestem Max – chłopak wyciągnął rękę, a dziewczyna zaniemówiła, ale uścisnęła dłoń.
- A ja Nathan – podobnie było i w jego przypadku. Dziewczyna stała, patrzyła się nie nie mogła wypowiedzieć słowa.
- Monia, dobrze się czujesz? - spytałam śmiejąc się leciutko.
- Taa... Tak... W jak najlepszym...
- To... Miło było cię poznać – odezwał się najmłodszy chłopak.
- Liz dołączysz do nas później?
- Tak, pewnie.
- To cześć, Monia – powiedzieli razem i odeszli w stronę sali, w której leżał Jay.
Dziewczyna dalej nie mogła wykrztusić z siebie słowa.
- Wszystko okej? - pokiwała tylko głową. - Ej, obudź się. Będziesz mogła jeszcze z nimi pogadać – uśmiechnęłam się.
- Serio?
- No pewnie. A teraz powiedz co cię sprowadza?
- Ale super. A tak masz pozdrowienia od dziewczyn i chciałam zobaczyć, czy nic ci się nie stało – dziewczyna mówiła chaotycznie wciąż patrząc w stronę, w którą poszli chłopaki.
- Nic mi nie jest. To Jaya postrzelili, nie mnie.
- Znasz resztę? - spytała patrząc na mnie maślanymi oczami.
- Tak. Jay to nawet mój chłopak.
Myślałam, że dziewczyna zaraz zemdleje. Jej twarz pobladła, a oczy wydały się jeszcze większe.
- Monika! Dobrze się czujesz?
- Tak, tak... To ja wpadnę później – powiedziała cała zszokowana. - Na razie. - ruszyła w stronę wyjścia.
- Cześć, cześć – pokręciłam głową z uśmiechem.
Poczekałam aż dziewczyna opuści szpital i ruszyłam w stronę sali Jaya.
Kiedy weszłam do środka wszyscy ze sobą rozmawiali.
- Coś mnie ominęło? - spytałam i usiadłam na swoim miejscu, obok łóżka niebieskookiego.
- Właśnie opowiadałem, jak to nasz ukochany doktor wypędził Evę ze szpitala – odpowiedział Nathan.
- Wszystko okej? - spytał mnie Jay.
- Pewnie.
- A tak w ogóle, to kim jest ta Monika? - zapytał Max.
- Koleżanka z pracy. Strasznie za wami szaleje, ale jak widać całkiem ją zatkało – uśmiechnęłam się.
- Tak, zauważyliśmy – zaśmiał się Nathan.
- No to musimy ją poznać – uśmiechnął się również Tom.
- Nie wiem po ilu spotkaniach wypowie do was choć jedno słowo, ale...
- Da radę – uśmiechnął się chłopak Lisy.
Nagle rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu.
- To mój – powiedziała Vicki i przyłożyła aparat do ucha. - Słucham? Tak... Oczywiście... Będę... Do widzenia...
- Co jest? - spytał Siva.
- Szef. Muszę wracać. I to jak najszybciej.
- I tak jestem wam wdzięczna, że zdołaliście przyjechać. Praca, ja to rozumiem – powiedziałam.
- Ja też muszę wracać – powiedziała nieśmiało Emma.
- My do Londynu wrócimy dopiero po rozprawie – odezwał się Matt. - Liz i Jay są najważniejszymi świadkami, więc...
- Słuchajcie, są telefony, internet, jakoś się skontaktujemy – odezwałam się.
- Na pewno – uśmiechnął się Tom.
W końcu stanęło na tym, że odlatują Vicki, Siva, Nathan, Emma, Tom i Lisa, a Matt, Amy, Max oraz ja i Jay zostajemy.
Trudno mi było ich wszystkich pożegnać. Każdemu z osobna dziękowałam za przyjazd i bycie tutaj, bo bardzo mi to pomogło. Nie byli tutaj zbyt długo, a podnieśli mnie na duchu. Jeszcze rok wstecz, nie zdawałam sobie sprawy, że tacy ludzie istnieją.
Tom uprzedził mnie, że będzie dzwonił codziennie, więc mam być pod telefonem. Uśmiechnęłam się tylko i kiwnęłam głową.
Minęło trochę czasu zanim wszyscy się pożegnaliśmy. Matt razem z Amy pojechał do hotelu wraz z wyjeżdżającymi. W sali zostałam tylko ja, Jay i Max, ale również odwiedził nas mój ulubiony doktor. Pożartowaliśmy i nawet nie wiadomo kiedy w sali pojawił się prawnik wraz z jego córką.
Amy przywiozła rysunek dla Jaya, na którym był on, ja, a gdzieś w tyle reszta naszej paczki włącznie z małą. Dziewczynka powiedziała, że taką suknię, jaką namalowała na obrazku, może bez problemu zaprojektować mi na ślub. Na dodatek oznajmiła nam, że ma już projekt sukienki na swój ślub z Maxem, na co wybuchnęliśmy z Jayem śmiechem. Max uśmiechnął się tylko pod nosem, a Matt miał troszkę skwaszoną minę i powiedział: „Max nie, żebym miał coś do ciebie, ale wolę już, aby zakochała się w chłopaku w swoim wieku”. Łysy chłopak zaśmiał się tylko i puścił małej Amy perskie oczko.
 

dłuugi rozdział :D w Wordzie zajął mi jakieś 9 stron :)
Zapraszam do czytania :)

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=V6uab7JEVKg, haha! Max i Nathan <3